Żyjemy w czasach pop-kultury, w których autorytetami nie są zapomniani i odstawieni na boczny tor intelektualiści czy duchowni. Nawet politycy i koronowane głowy stracili niegdyś przynależny im powszechny szacunek społeczny. Wiadomo przecież, że w naszych skomercjalizowanych czasach ton naszemu życiu nadają biznesmeni, gwiazdy show-biznesu i sportowcy.
Nic więc dziwnego, że ikonami kultury masowej stali się seryjni mordercy. W Australii wymarzonej dla działań psychopatów, z racji ukształtowania geograficznego i izolacji, rozwinęło skrzydła kilku światowej sławy zbrodniarzy. Wśród nich szczególnie spektakularnymi mordercami są: Ivan Milat, Bradley John Murdoch i John Bunting. O tym ostatnim opowiada australisjki film Snowtown w reżyserii Justina Kurzeli.
Zbrodnie ze Snowtown to nie mit, choć trudno w nie uwierzyć. Wydarzenia opowiedziane w filmie wydarzyły się naprawdę całkiem niedawno, między 1992 a 1999 rokiem, w zabiedzonym, zagubionym w outbacku miasteczku Południowej Australii. Zamordowanych zostało 11 mężczyzn. Przed śmiercią byli torturowani. Ich ciała składowano w beczkach w opuszczonym banku. Morderstwom tym i motywom działań grupy Buntinga zostały poświęcone dwie książki Killing for Pleasure Debi Marshall oraz The Snowtown Murders Andrew McGarry’ego.
Scenariusz Shauna Granta został zainspirowany tymi książkami, analizującymi kulisy zajść w Snowtown. Historia opowiadana jest z perspektywy doświadczeń 16-latka Jamesa Vlassakisa, który stał się członkiem bandy Buntinga i uczestniczył w brutalnym mordowaniu ofiar oraz oprawianiu ich ciał po śmierci, żeby zmieściły się w beczkach wypełnionych kwasem.