A
Aborygeni. Niekiedy nazywani Czarnymi. W zależności od miejsca i kontekstu odgrywają rolę narodowego wyrzutu sumienia Australijczyków, ludowych artystów lub naszych dresiarzy. Aborygenem może zostać każdy, także Ty, o ile przyjmą Cię do swojej wspólnoty. Pamiątki dla turystów związane z Aborygenami produkowane są oczywiście najczęściej w Chinach.
B
BBQ - barbeque albo barbie czyli po naszemu grill. Ma raczej znaczenie socjologiczne, niż kulinarne. Porządne, pomyślane z rozmachem bbq może zgromadzić kilkaset osób.
Bekpaker, z angielska backpacker. Człowiek z plecakiem, zwany w Polsce czasem plecaczkowcem, widywany na całym świecie. Australiia jest jego ojczyzną, a przewodniki Lonley Planet są mu Biblią. Oszczędny do bólu, odporny na niewygody, otwarty na propozycje i kiepskie prace. Z bekpakerstwem łączy się cały przemysł, oferujący klientom przedmioty o których nie śniło się dawnym podróżnikom i harcerzom, na przykład: składaną w kostkę zastawę stołową, przyrząd do zmniejszania objętości śpiworów, czy maszynkę do espersso, które można przygotować nad ogniskiem.
Boogy board albo body board. Deska do surfingu krótsza od normalnej. Podczas śmigania po fali na b.b. trzeba się położyć. Łatwa do przewozu komunikacją miejską, wystarczy wziąć b.b pod pachę i wsiąść do autobusu jadącego na plażę.
Bush walk. Nie ma to jak dla przyjemności przejść się buszem. Można potraktować to na sportowo, tyle że bez zbytniego spinania się.
BYO czyli bring your own, po naszemu swojski wnos. Jeden ze wspaniałych pomysłów australijskiej gastronomii. Zamiast kupować piwo albo wino w restauracji można je tanio nabyć w monopolu i oficjalnie spożyć w knajpie. Za podanie szkła i otwarcie butelki kelner dolicza zwykle mniej lub bardziej symboliczne korkowe.
C
Cenzura. Rzecz dziwna dla przybysza z Polski i Europy - w Austalii istnieje coś takiego jak urząd cenzorski. Reklamy i dzieła sztuki, budzące zastrzeżenia mogą zostać zdjęte lub ocenzurowane. Może stać się tak nawet wtedy, gdy treścią bilbordu jest jedynie napis, bez jakiegokolwiek zdjęcia. Spotkało to wiszący obok naszego domu bilboard (informujący o technice przedłużania przyjemności seksualnej), gorszący przechodniów napisem SEKS, który został zalepiony słowem OCENZUROWANE.
Chateau Tanunda zwane przez nas Chateau de Kangur, gatunek australijskiej brandy. Wielu się na nią wykrzywia, my jednak głosujemy jak najbardziej za. Tania. Polecamy zwłaszcza w górach, zimą.
Community Center czyli dzielnicowy dom kultury. Ważne miejsce jeśli chodzi o kulturalną lub sportową rozrywkę. Mieszkając w Sydney warto wiedzieć, co w dzieje się w pobliskim CC.
Coastal walk. Sposób spędzania wolnego czasu – spacer po nabrzeżu. Istnieją książki-poradniki doradzające wybór najciekawszych tras.
D
Dingy czyli bączek. Mała łódeczka albo pontonik napędzana silniczkiem spalinowym bądź siłą mięsni jednego z pasażerów. Używana kilka razy dziennie do komunikacji z lądem przez twardzieli mieszkających na stałe na jachtach zakotwiczonych przy bojkach. Brak wprawy w używaniu dingy może skutkować skąpaniem się w wodzie podczas wysiadania.
Dolar australijski - AUD. W latach 70. XX wieku Australia porzuciła funta (jako symbol brytyjskości do kwadratu) na rzecz AUD-a. Za orła robi na monetach dolarowych królowa Wielkiej Brytanii Elżbieta II, po której tuszy można poznać od razu czas wybicia monety. Z reszką jest różnie – umieszcza się na niej australijskie zwierzaki, brodatego Aborygena bądź artystycznie wyrażone fantazje na temat tak ważnych wydarzeń jak np. Olimpiada w Sydney. Banknoty australijskie są z plastiku i przez to przypominają te z gier typu Monopol, ba, w jednym miejscu są nawet przezroczyste. Na banknotach figurują typowo Australijscy bohaterowie, których nikt, jak to zwykle bywa, poza Australią nie zna – jakaś starsza pani w białym czepku i w okularach, jakiś facet w kapeluszu o szerokim rondzie. Jeden AUD dzieli się na sto centów i ma wartość mniej-więcej 2 PLN.
E
Eukaliptus. Drzewo, które kojarzy się z Australią, tak jak brzoza przywodzi na myśl słowiańskie lasy. W eukaliptusowych zagajnikach żyją zabawne misie koala. Olejki zawarte w liściach eukaliptusa – tak dobre na katar, mają dla koali własności narkotyzujace, tak że zwierzątka cały czas są na lekkim odlocie. Eukaliptusy rosną w Australii dosłownie wszędzie. Bez nich nie byłoby australijskiego buszu. Zaskakuje mnogość i różnorakość ich gatunków, od rachitycznych krzaczków po drzewa grube i rozłożyste jak stare dęby. Od parujących olejków eukaliptusów, mgiełką osnuwających Góry Błękitne, wzięła się ich kolorowa nazwa.
F
Fish and chips czyli ryba z frytkami. Najtańsze i najbardziej popularne australijskie danie obiadowe. Jego cena w wielu barach serwujących ten przysmak, zwykle w tych w pobliżu plaż, zaczyna się już od 7 AUD.
G
Gap year. Roczna podróż, w którą wyruszają Australijczycy po ukończeniu szkoły średniej, przed rozpoczęciem studiów. Reminescencja dawnych edukacyjnych wojaży, w które wybierali się zamożni angielscy panicze w minionych wiekach. W czasie gap year australijscy bekpakerzy wyposażeni w plecak i kartę kredytową spłacaną przez rodziców objeżdżają cały świat. Nie dziwi więc, że wielu młodych ludzi, z którymi rozmawialiśmy dotarło również do Polski.
Geje. W większych miastach, takich jak Sydney, mniejszości mogą manifestować otwarcie swoją odmienność. Annandale, w którym mieszkamy upodobały sobie lesbijki. Geje wybierają najczęsciej do zamieszkania okolice Oxford Street w centrum (szczytem marzeń jest dla nich mieszkanko na modnym Paddingtonie). Ulica ta słynie z powodu bogatego życia nocnego, wzdłóż niej powiewają dumnie tęczowe sztandary. Państwowa telewizja nadaje serial, którego tematem są perypetie miłosne grupki wesołych chłopaków, a w księgarniach i antykwariatach kilka półek ugina się zazwyczaj pod gejowską literaturą podzieloną na fiction i non fiction, autorstwa raczej nieznanych szerzej pisarzy. Idylliczny obraz burzą wieści z robotniczych dzielnic i outbacku. Ich mieszkańcy swoją otwartością na inność przypominają raczej teksańskich red necków z Easy Readera i horrorów klasy B, niż tolerancyjnych Holendrów. Australijczycy uprzedzali nas, że nie dotyczy to tylko orientacji seksualnej podróżników, którzy zawitają w tamte strony. Możesz na przykład zostać pobitym za niezbyt dobry angielski lub nie taką frzyzurę.
Grzyby, zwykle rydze, rzadziej maślaki. W sztucznie posadzonych lasach europejskiego pochodzenia jest ich w bród. Ponieważ rodowici Australijczycy raczej grzybów nie jedzą, istnieje duże prawdopodobieństwo, że spotkany przez nas grzybiarz okaże się Polakiem.
H
Harbour Bridge. Obok Golden Gate i Brooklińskiego najsłynniejszy most świata. Nie jest długi, budzi za to podziw sylwetką (niektórym kojarzącą się z wieszakiem na ubrania). Stoi w pięknym miejscu Zatoki, między Operą Sydneyską i wieżowcem Seidlera, łącząc dzielnice południowe z północnymi. Na śmiałków i ludzi spragnionych wrażeń czeka wspinaczka na jego wierzchołek. Wyczyn ten jest błahostką, w porównaniu ze słoną ceną, którą trzeba zapłacić za spojrzenie na Sydney prosto z mostu.
Hosteling. Z naszych obserwacji socjologicznych: jeden z wariantów spędzania czasu w hostelach dla bekpakerów. Część gości w ogóle się z nich nie rusza na krok. Poznawanie miejsca, do którego dotarli ograniczją do lektury przewodnika Lonley Planet i do integracji z innymi bekpakerami w hostelowej świetlicy, traktowanymi jako cenne źródło informacji o świecie za oknem.
Hotel. W Australii nie wszystkie hotele są hotelami. Większość z nich to po prostu puby, które w zamierzchłej przeszłości oprócz wyszynku prowadziły pokoje gościnne.
J
Jama. Kopanie jam czyli dołów pod fundamenty jest jednym ze sposobów na zarabianie pieniędzy przez Polaków w Sydney. Praca ciężka i mozolna, ale dzięki niej można poznać kolor i konsystencję różnych rodzajów australijskiej ziemi. Najważniejsze jest jednak z kim się kopie - w sympatycznej kompanii może być to nawet przyjemne.
Jenoręki bandyta. Przez Australijczyków nazywany pokies (od poker machine). Automat do gry. Przynajmniej kilka stoi w każdym pubie, mamiąc wygraną kilkuset dolarów. Niektórym się powiodło, jednak nie umieli po zwycięstwie zostawić jednorękiego w spokoju i zamiast kąpieli w szampanie, z powodu braku drobnych na autobus, musieli zafundować sobie nocny spacer do domu.
Jedzenie na mieście. Już w cenie ok. 10 AUD (20 PLN) da się w Sydney zjeść obiad (najczęściej egzotyczny). W niektórych miejscach nawet taniej i całkiem smacznie. Posiłki domowe nie są drogie, choć ceny niektórych prostych produktów spożywczych, jak mleko lub chleb, mogą niemile zaskoczyć.
K
Karaluchy, w dodatku latające. Ich pojawienie się zwiastuje nadejście naprawdę ciepłych dni. Z drugiej strony wiadomo, że jeden karaluch lata nie czyni.
Karpet, z angielska carpet czyli po naszemu wykładzina. Włochata, zwykle w burym, ciemnym kolorze, rzadziej beżowa. Obowiązkowy na podłodze australijskich mieszkań, zwłaszcza tych pod wynajem. W nas, przybyszach z parkietowej części świata, nie budzi ciepłych uczuć tylko irytację swoją brzydotą i niepraktycznością (k. zdarza się leżeć nawet w kuchni). Idealny za to podczas remontów kanalizacji. Starym karpetem można doskonale zatkać przeciekającą rurę lub zrobić awaryjny odpływ dla wody.
Kawa. Zwykle ohydna, rozwodniona lura (w skrócie o.r.l.) kryjąca się pod nazwą short black albo long black (czyli o.r.l. do kwadratu). Żeby napić się dobrej kawy w Sydney trzeba się trochę wysilić, tzn. na przykład pójść do włoskiej knajpy. Wersja dla oszczędnych lub nielubiących ryzyka: zróbcie kawę w domu, a zamiast do kawiarni idźcie na piwo.
Królowa Elżbieta II. Głowa Państwa Australijskiego, które jest monarchią złączoną unią personalną z Wielką Brytanią. Widywana codziennie w różnym wieku na monetarnych wersjach dolara australijskiego i banknocie o wartości 5 AUD. Co jakiś czas miejscowi, współcześni Cromwelle żądają wprowadzenia republiki i co za tym idzie pozbawienia dolara królewskiej głowy.
L
Lamington. Legendarne australijskie ciastko, które wygląda jak sześcian i z zasłyszanych opowieści podobnie smakuje.
M
Mooring czyli bojka, do której kotwiczy się jacht w marinie. Bojki nie są drogie, ale ich ilość jest ograniczona. Nie są też przedmiotem handlu. Jeśli chcesz trzymać jacht w sydneyskiej marinie i nie odziedziczyłeś boiki – masz problem.
N
Nocne niebo. Ktoś, kto pierwszy raz w życiu znajdzie się na południowej półkuli, patrząc w nocne niebo czuje się całkowicie zagubiony. Na australijskim firmamencie nie widać żadnego z dobrze znanych nam od dziecka gwiazdozbiorów. Z całą jasnością błyszczy za to Krzyż Południa, którego wizerunek trafił na australijską flagę. Także Księżyc jest tu inny – jego sierp przekręca się czasem o 90 stopni, tak jakby leżał na boku.
O
Outback albo kraina Never Never czyli odludzie. Rozciąga się już około 200 km od wybrzeża. Zapuszczając się w nie lepiej nie zapomnieć o tankowaniu i wodzie do picia. W razie czego lepiej nie oddalać się od drogi, bo można już do niej nie trafić z powrotem. Łatwo tu zabłądzić - teren płaski i gęsto porośnięty buszem.
Ostrygi. Prosto z Pacyfiku; tanie, podobnie jak i reszta owoców morza. Podawane nie tylko tradycyjnie ale i na ciepło z serem lub boczkiem. Pyszne!
P
Paj. Tak jak w Polsce – warzywa, często z mięsem zapiekane w cieście chlebowym. Legenda głosi, że paj pochodzi z Australii. Dla zainteresowanych: egipskie paje są także przepyszne (najlepsze do kupienia na tyłach dworca w Aleksandrii), znane są tam jako hauszi.
Piwo. Australijczycy piją go dużo. Polakowi wypada się o tutejszym piwie wyrażać z pogardą: że siki, że syntetyk, że słabizna. Naszym zdaniem piwo australijskie jest bardzo dobre. Prawda, że jest słabe (zwykle nie ma 5%), do tego serwowane jak dla dzieci, w szklankach i butelkach o pojemności ok. 0,3 l. Za to jest bardzo różnorodne, we wszelkich odcieniach i smakach. Wielbiciele portera, jak my, mają w Australii w czym wybierać. Cenowo piwo australijskie, czy to w sklepie, czy to w pubie, zbliżone jest do polskiego.
Plaże. Sydeyskie plaże są takie, jakie każdy widzi, nic dodać nic ująć - do podziwiania i plażowania.
Przeziębienie (grypa, angina, itp.). Bliscy znajomi przybysza z Europy. Po pierwsze - nasze organizmy nie są odporne na miejscowe mikroby. Po drugie - trudno nam przywyknąć do drastycznych zmian temperatury. W ciągu jednego dnia temperatura w Nowej Południowej Walii potrafi spaść z 30 stopni Celsjusza do zaledwie 10-15. Po trzecia - w upalne dni wykańcza nas klimatyzacja, zwykle rozkręcona na lodowatego maxa.
Psy. Australijczycy są psiarzami. Najbardziej cenioną przez nich rasą jest kundel w swojej wilczkojamniczej, wielokolorowej wersji – długiej, tłustawej paróweczki na masywnych łapkach, z kłapciatymi uszami i zakręconym świńskim ogonkiem. Widuje się także Labradory, Pitbulle, Boksery. Zauważylismy, że bardzo popularne są Amstaffy (American Staffordshire Terrier) - co interesujące, australijskie są kompletnie pozbawione agresji. Czworonogom oddano we władanie część wybrzeża Australii, co dokumentuje tytuł powieści Jacka Kaczmarskiego Plaża dla psów.
Puby zwane tu też hotelami. Otwarte od rana do nocy. Gościnne, z szafami grającymi lub koncertami na żywo. Często można w nich pograć w billard, oddać się hazardowi (kupić zakład na wyścigach konnych, psich lub pograć na jednorękim bandycie) albo tanio coś zjeść. Kulturowe centra każdej szanującej się, starej dzielnicy. Idąc ulicą w takiej dzielnicy prawie na każdym rogu natrafia się na pub. W ramach walki z nikotynizmem i pełzającym w ślad za nim rakiem w pubach nie wolno palić. Zakaz nie obowiązuje tylko (wciąż jeszcze) w kilkustolikowych ogródkach piwnych na zewnątrz. Puby (oprócz lesbijskich) przeznaczone są raczej dla mężczyzn. Kobiety nie zapuszczają się do nich samotnie.
R
Rekiny. Postrach mórz południowych, obecnie na wymarciu. O ich przetrwanie walczą ekolodzy. Rekinia psychoza wciąż obowiązuje, dlatego część kąpielisk otacza metalowa siatka. Groźną rybę upamiętnia Wyspa Rekina (Shark Island) niedaleko wejścia do sydneyskiego portu..
RSL czyli Returned & Services League of Australia. Kluby emeryta i weterana. Dzięki przepisowi prawnemu, że RSL powinny inwestować wszystkie zyski w swoją działalność statusową, tworzą małe imperia rozrywkowo-sportowe, których bogata oferta kierowana jest nie tylko do starszych państwa.
S
Salvation Army (w skrócie Salvos) czyli Armia Zbawienia. Najbardziej znana organizacja charytatywna świata. Pomaga ubogim. Od dawna aktywna w Australii. Swoją misję łączy ze sprowadzaniem zbłąkanych owieczek na łono społeczności chrześcijańskiej. W prowadzonych przez Armię Zbawienia sklepach można kupić wiele użytecznych przedmiotów (nawet używane meble) i w ten sposób ulżyć doli potrzebujących.
Scooner. Szklanka na piwo i jednocześnie jego najpowszechniejsza miara, trochę powyżej 0,4 l.
Studenci. Wiza studencka jest dobrym, wypróbowanym i stosunkowo łatwym sposobem zostania na dłużej w Australii i otrzymania oficjalnego pozwolenia na pracę. Stąd tu aż tylu studentów, a podatki i opłaty z uczelnianego biznesu są ważnym źródłem dochodów dla rządu.
Surferzy. Zbudowani jak modele i jasnowłosi. Dokładnie jak na filmach. Nawet mroźna zima, kiedy ciepłota wody spada do temperatury wody w Bałtyku, im nie straszna.
T
Telewizja. Nie mamy kablówki, więc jesteśmy skazani na darmowe programy, które łapiemy anteną pokojową. Oferta programowa australijskich stacji komercyjnych niczym się nie różni od TVN-u, czy Polsatu. Tak jak w Polsce filmy puszczane w komercyjnych kanałach ciągną się godzinami, poszatkowane przez reklamy. Zdecydowanie dużo ciekawsza jest telewizja państwowa, finansowana z budżetu (w Australii nie ma przymusowego abonamentu!). Nasz ulubiony SBS (Special Broadcasting Service) skupia się na życiu różnorako pojętych mniejszości, z gejami włącznie. Rano, żeby poćwiczyć język, można obejrzeć w niej arabskie i portugalskie telenowele. W południe mamy w ofercie dzienniki ze świata. Wieczorem idą ambitne dokumenty i fabuły. Warszawski Festiwal Filmowy trwa w SBS przez cały rok. Singapurski horror? Rumuński albo Południwoafrykanski dramat? Serbska komedia? Kryminał prosto z Mali? Proszę bardzo. Codziennie coś nowego. Filmy w najegzotyczniejszych językach nadawane są z angielskimi napisami i nikogo to nie dziwi. Misyjna oferta TVP wobec SBS-u i innych australijskich stacji państwowych jest kpiną z widza.
Thongs czyli klapki japonki. Ulubione letnie obuwie Australijczyków. Choć z naszych obserwacji wynika, że wielu z nich z powodzeniem obywa się bez nich, chodząc po ulicy na bosaka. Jeden z widzianych przez nas sydneyczyków, zupełnie trzeźwy, paradował w kompletnym garniturze, pod krawatem, ale za to na bosaka. I nikogo to nie dziwiło.
Tomato sauce czyli po naszemu ketchup. Rzadko użwywany – prośba o dodatkowy tomato sauce wzbudza zdziwienie nawet w pizzerni.
Tytoń. Wyroby tytoniowe są ok ale za to dwa razy droższe niż w Polsce. Australijską specjalnością jest umieszczanie na paczkach tytoniu obok tekstów ostrzegających o raku, miażdżycy i impotencji kolorowych fotek rzeczonych przypadłości, których nie powstydziłby się dobry podręcznik do medycyny patologicznej. W miejscach publicznych panuje zakaz palenia, nieobowiązujący jednak na ulicy i kawiarnianych ogródkach.
V
VB czyli Victoria Bitter. Najbardziej popularny gatunek australijskiego piwa, takie nasze jasne tyskie. Nazwa upamiętnia królową Wiktorię.
Vegemite. Maź o kolorze i smaku maggi do zupy, jedzona przez Australijczyków z chlebem. Podczas Wielkiego Kryzysu była obowiązkowym składnikiem menu biedaków. Obrzydliwa, ale zapewnia końską dawkę witaminy B (jest trochę jak drożdże z tubki).
Vegies czyli gotowane warzywa na gorąco, w ich skład wchodzą również ziemniaki, które w Australii nie stanowią podstawy głównego dania. Zwykle są skladnikiem rozmaitych mixów warzywnych.
Vinnies czyli St. Vincent de Paul. Organizacja wspierająca ubogich. Ludzie oddają Vinnies zbędne ubrania, naczynia, książki i płyty, z których sprzedaży finansowana jest pomoc dla potrzebujących. Wizyta w sklepie Viennies jest okazją do taniego uzupełnienia garderoby lub skompletowana zastawy stołowej po symbolicznych cenach.
W
Wino. Sklepy winiarskie w Australii swoją wielkością przypominają francuskie. Wchodzącego witają dziesiątki gatunków wina w stojących karnie na półkach setkach butelek. Importowanych win jest bardzo mało – po co je pić, skoro miejscowe lub z bliskiej (1500 km) nowozelandzkiej zagranicy jest tak samo dobre? Wino jest niedrogie, a dla najbardziej oszczędnych przewidziano wersję kartonową, mieszczącą 4 litry trunku. Co ciekawe większość, nawet drogich win ma odkręcany korek. Wino białe i musujące można kupić od razu z lodówki. Jeśli chodzi o mocniejsze alkohole, w przeciwieństwie do wina, te same gatunki wódki, whisky czy brandy są dwa razy droższe niż w Polsce. Specjalnością Australii są czerwone, wytrawne wina musujące. Polecamy najbardziej znany Red Sparkling Shiraz - naszym zdaniem znakomity!
Z
Zima, która bierze we władanie Australię podczas polskiego lata. W dzień pogoda w Sydney przypomina europejski październik, w nocy robi się dość zimno, a w Górach Błękitnych i na pustyni mroźno. Potrafi być dotkliwa w wychłodzonych mieszkaniach bez kominka (o normalnych kaloryferach nie ma mowy), również z powodu pojedynczych szyb w oknach. Jedynym ratunkiem staje się wtedy cieplejsze ubranie, puchate kapcie, koc, farelka bądź elektryczny grzejnik, grubsza kołdra, gorąca herbata albo mocniejszy trunek.
Ż
Żaluzje. W wielu mieszkaniach pod wynajem razem z karpetem (patrz wyżej) są obowiązkowym elementem wystroju wnętrz. Przeniesione w kapsule czasu z lat 70. zeszłego wieku. Niepraktyczne, wiecznie psujące się i po prostu nieestetyczne. Czemu dawno nie wylądowały na śmietniku historii? Oto jedna z wielu zagadek Australii.
Żeglarstwo. Sydneyska Zatoka i wody Pacyfiku to raj dla żeglarzy, nawet tych kejowych. Niektórzy z nich mieszkają na swoich jachtach, na co miejskie władze patrzą krzywym okiem. |