| |
Katoomba wita przyjezdnych widokiem olbrzymiego komina, swoją masywną, ceglaną konstrukcją przytłaczającego całe miasteczko. Budzi to rozmaite skojarzenia... Dotarliśmy tam późnym popołudniem, zimą. Katoomba wydała się nam na pierwszy rzut oka raczej zapyziałą dziurą, gdzie po głównej i jedynej dającej oznaki życia ulicy hulał tylko lodowaty wiatr. Był jednak czwartek.
Już w piątek wszystko wyglądało inaczej...
Główna ulica Katoomby – jak łatwo przewidzieć nazywa się Katoomba Street – prowadzi od stacji kolejowej w kierunku Echo Point Lookout czyli platformy widokowej, do której pielgrzymkują rzesze leniwych turystów. Dla nich turystyka górska ogranicza się jedynie do obejrzenia stamtąd zapierającego dech w piersiach krajobrazu. Mekką pielgrzymów z Katoomby jest tamtejszy punkt informacyjny, w istocie sklep z rozmaitymi pamiątkami. Prawdziwi miłośnicy gór zwykle zatrzymują się w Echo Point tylko na moment, traktując jarmarczny klimat tego miejsca pogardliwie, jak supermarket.
Katoomba jak każdy przyzwoity kurort ożywa w porze lunchu, około drugiej. Zapełniają się wtedy bistra i kawiarenki, otwarte od śniadania. Sklepy z alkoholem zaczynają pracować pełną parą. Turyści wracają ze szlaków. Co typowe dla Australii, wiele z lokali zamyka się jednak koło czwartej na dobre. Około piątej-szóstej zaczyna się druga zmiana. Otwierają się wtedy restauracje i pizzerie. Zaczyna się pora obiado-kolacji, tutaj zwana dinnerem. W tej kulturze jest to najważniejszy posiłek w ciągu dnia.
Nam szczególnie smakowało w restauracji Cafe Zuppa, w której, co nam się podobało, oczekując na jedzenie można rysować kredkami po papierowym obrusie. Dania w śródziemnomorskim stylu były znakomite. Minusem było to, że musieliśmy pobiec do bankomatu, bo nie mogliśmy zapłacić kartą. Fatalnie za to wspominamy kebaba u libańskiego truciciela. Były to najdroższe i najgorsze kanapki w naszym życiu. Miłą niespodzianką okazał się pub w szacownym Hotelu Carrington. Piwo było tanie, a atrakcji moc, łącznie z paradą szkockich dudziarzy. W muzycznym korowodzie maszerowały również skośnookie kobiety.
W weekendy Katoomba się bawi. Można albo wybrać wieczór piwno-taneczny w pubie (np. w pubie Carrington Inn), gdzie zwykle koncertuje zaproszona kapela, albo wybrać opcję nastrojową i posłuchać jazzu. Wcześniej można pójść odprężyć się do wypaśnego centrum sportowego, na basen lub do sauny.
Po paru dniach pobytu w Katoombie stwierdziliśmy, że to sympatyczne miejsce, w dodatku na naszą kieszeń. Z przyjemnością wspominamy nasze hoteliki The Flying Fox i The Cecil. Oba polecamy. Naszym zdaniem Katoomba jest świetną bazą do wypadów w góry, w których zasmakowaliśmy. Warto dodać, że dodatkową atrakcją tego niepozornego kurortu są świetnie zaopatrzone sklepy sportowo-bekpakerskie, z fachową i miłą obsługą.
<- powrót |
|