niezależny gazeto-blog
logo
  STRONA GŁÓWNA ::

 

 

Surfers Paradise
 
 
 
     
 

W Surfers Paradise spędziłam przerwę noworoczną i przywitałam wraz ze znajomymi - na miejscowej plaży w świetle rozbłyskujących na niebie fajerwerków - Nowy Rok 2010. To był zdecydowanie niezapomniany Sylwester!

Kurort robi duże wrażenie, zwłaszcza na Europejczykach nie przywykłych do takich widoków. Jednych zachwyca, innych niepokoi. Okazało się, że należę do tej drugiej grupy.

Po pierwszym intensywnym wrażeniu zaciekawienia tym autralijskim Rajem opanowała mnie niepokojąca refleksja - jak można było równie niebiańskie wybrzeże - ciągnące się po horyzont długie, piaszczyste plaże z przyjemnie ciepłą wodą i umiarkowanymi falami - szczelnie zabudować drapaczami chmur. Wydało mi się to przejawem nowoczesnego barbarzyństwa. Myślę, że to dały głos o sobie moje europejskie korzenie, połączone z ekologiczno-hipissowskimi ciągątami, które są mi bliskie. Złapałam się na tym, że o wiele bardziej podobało mi się w nieskażonym nowoczesnością new age'owskim kurorcie dla zamożniejszej bohemy - Byron Bay, który odwiedziliśmy po drodze.

Mimo tych podświadomych obiekcji bardzo się cieszę, że mogłam tam leniuchować przez kilka dni. Surfers jest kwintesencją wszystkiego czemu hołduje Australia - panuje tu atmosfera permanentnych wakacji i luzu, jest schludnie, zamożnie i bardzo modern. Jednym słowem to super miejsce dla wielbicieli lata w mieście.

***

Surfers Paradise oddalone jest od Sydney o około 850 km, podczas gdy do Brisbane - stolicy Queensland - jest tylko 100 km (dlatego wyskoczyłam tam na jednodniową wycieczkę). Jest urokliwie położone nad oceanem i wewnetrzną rzeką Nerang River.

Pierwszym Europejczykiem, który osiedlił się na terenach dzisiejszego Surfers był farmer James Beattie. Uprawa roli szła mu jednak ciężko, więc sprzedał swą farmę w 1877 roku Niemcowi Johannowi Meyerowi. Okazało się to szczęśliwym posunięciem dla przyszłego kurortu. Meyer zniechęcony niepowodzeniami w uprawie trzciny cukrowej, zamiast w rolnictwo zainwestował w przystań promową i zbudował pierwszy hotel (Main Beach Hotel), który wkrótce stał się również siedzibą miejscowej poczty. Dla potrzeb pocztowych okolice te nazwane zostały Elston przez poczciarza z Southport (Tasmanii) - na pamiątkę rodzinnego domu jego żony, pozostawionego w Nottingham w Anglii. Po śmierci Meyera w 1901 roku miejsce podupadło na 16 lat.

Nowy rozdział w historii przyszłego kurortu zapoczątkował w 1917 roku Arthur Blackwood - właściciel agencji nieruchomości z Brisbane. Ten prężny biznesmen zaczął zachęcać Australijczyków do kupowania ziemi w tej okolicy. Okazał się na tyle skuteczny, że w 1925 roku liczba mieszkańców stała sie na tyle znacząca, że otworzono pierwszy most Jubilee Bridge i przedłużono tu drogę z Brisbane South Coast Road.

W tym samym roku hotelarz Jim Cavill otworzył hotel Surfers Paradise Hotel - stał się on pierwszą znaczącą atrakcją miejscowości. Wokół zaczęły otwierać się inne hoteliki, puby, restauracje i sklepy. Elston stało się popularną bazą wypadową dla mieszkańców Brisbane.

W 1933 roku miasteczko Elston zostało ostatecznie przemianowane na bardziej chwytliwe Surfers Paradise.

Prawdziwy boom w rozwoju Surfers nastąpił w latach 60. kiedy to miasteczko powoli zaczęło stawać się ulubioną pan-australijską atrakcją turystyczną. Pierwsze wieżowco-hotele zaczęły powstawać przy głównej plaży, nieopodal głównego deptaku w latach 70. Od tego czasu Surefers stało się jedną z najmodniejszych wakacyjnych miejscowości dla Australijczyków. Z czasem także i turyści spoza antypodów odkryli niecodzienny urok tego miejsca.

Dziś Surfers Paradise jest w czołówce miejsc turystycznych na świecie, które warto odwiedzić, żeby poczuć się naprawdę na luzie.

Życie dzienno-nocne tego nowoczesnego Raju skupia się poza plażą, wokół kilku głównych ulic-promenad: Surfers Paradise Boulevard, Ferny Avenue, deptaka Cavill Mall oraz Esplanady - ciągnącej się na północ wzdłuż plaży, aż po eksluzywnę marinę, gdzie można wybrać się na smaczne dania z owoców morza.

Największą atrakcją Surfers poza plażami i atmosferą są parki rozrywki: aquaparki i lunaparki. Wśród tych pierwszych najbardziej przypadł mi do gustu Wild'N'West, a w drugiej kategorii bezdyskusyjnie bezkonkurencyjny jest oddalny o ok. 25 km Dreamworld - uznany bezapelacyjnie za największy lunapark półkuli południowej.

***

Wizytę w parkach rozrywki wspominam super - gwarantowana ostra jazda bez trzymanki!

Radzę stołować się i wpadać na drinka do Clock Hotel. Nieopodal jest schludna budka z kebabami.

Chociaż piwo jest stosunkowo drogie, za to drinki wyśmienite i w przystępnej cenie - polecam lokalny oddział Hard Rock Cafe.

Warto także zajrzeć do Dracula's House (Dom Draculi) - wystrój, asortyment i gotycki klimat wywarły na mnie niezatarte wrażenie.

Smacznego i wesołej zabawy!

***

Warto wspomnieć, że w Surfers Paradise do stycznia tego roku lokalizowany był najwyższy mieszkalny budynek na świecie - hotel z rezydencjami Q1 (dopóki w ostatnich dniach nie został zdetronizowany przez najwyższą na świecie hotelo-wieżę w Dubaju).

Poza tym Surfers Paradise doczekał się upamiętnienia w piosenkach przez dwie australijskie grupy: The Australian Crawl w piosence Boys Light Up - "That flat in Surfers Paradise, with the ocean view" i przez The Redgum w piosence Gladstone Pier - gdzie podróżują "from Surfers up to Townsville...".

***

dojazd: w zależności od potrzeb i okoliczności samolotem, albo samochodem -> podróż z Sydney zajmuje średnio od 11 do 13 godzin (w deszczu).

<- powrót

 

 

 

 

 

Uwaga!

Jeśli jesteś frustratem pilnie odmawiającym Modlitwę Polaka u nas nie masz czego szukać!